1.2 godziny z Warszawy, następnie jedyne 2h na lotnisku we Frankfurcie a później danie główne :)
12 soczystych i krwistych godzin z zakleszczonymi pęcinami, ale w przyjemnych liniach Singapur.
Dalej było już z górki, jak mówi klasyk.
Sześć godzin na lotnisku w Singapurze i siedem godzin w samolocie upragnionym po tułaczce po lobby lotniskowym -
jesteśmy w AUSTRALII :)
30 stopni C i stracony w podróży jeden dzień, czy kiedyś przeżyliście coś podobnego?
Pewnie tak, co robić zatem? Podróż daje nam wszystkim w kość,
to najtrudniejszy krok na Antypody. Ale koleżanka, zwyciężczyni konkursu JC, doskonale się trzyma.
Jutro relacja z zakupów na targu. Jadę z szefowa kuchni - rodowitą Australijką.
Potem podróż do Barossa Valley i winnic Jacob's Creek, jak Bóg da :)
Wczoraj ciężki dzień po podróży. Przestawienie o 9,5 godziny zajmuje jednak troszkę czasu,
więc tak naprawdę w pełni sił rozpoczynamy dopiero dzień dzisiejszy w Adelajdzie.
Dzień rozpoczęliśmy od klasycznego flat white, którą to Australijczycy piją niemalże codziennie.
Potem nastąpiły przygotowania do wieczornego BBQ. Spotkaliśmy się z Veronicą Zachra - szefową kuchni w Jacob’s Creek.
Wspólnie na miejscowym bazarku zakupiliśmy UWAGA polędwicę z kangura, comber z kozy i obowiązkowo vegemite.
Veronica obiecała kilka prostych porad jak zrobić dobrą koźlinę i kangurzynę. Wnioski już niedługo.
Sporo czasu spędziliśmy też na stoisku z serami. Nazwy nic nam nie mówią ale wspomniana Veronica zapewniła że będą ok,
więc zdaliśmy się na jej gust.
Tymczasem kolejne flat white i ruszamy przy 35 stopniowym upale do winnic Jacob’s Creek.
fot: Jacek Kowalski
Ten dzień był naprawdę intensywny.
Pobudka rano, śniadanie po australijsku, chociaż tak naprawdę bardziej trzeba byłoby przyznać po angielsku w związku z asortymentem
obowiązującym w bufecie.
Następnie godzinna podróż z Adelajdy do Barossa Valley, podczas której mogliśmy podziwiać różnorodność i dziewiczość australijskiego klimatu.
35 stopniowy upał nie ułatwiał zwiedzania winnic, które za moment mieliśmy w całej swojej krasie na własne oczy zobaczyć.
Cudownie mieniące się kiście dojrzałych winogron i do tego ta niesamowita zieleń! O tak, widać jeszcze skutki ostatnich
i zaskakujących jak na tę porę roku deszczy.
Steingarten Jacobs Creek to jedna z tych winnic, która zrobiła na nas największe wrażenie.
Położona na skale (stąd ta nazwa, w tłumaczeniu kamienny ogród) na szczycie wzgórza pomiędzy dwiema przepięknymi dolinami zapierała dech w piersiach.
Dalej udaliśmy się do domu Jacob’s Creek czyli Visitor Centre, gdzie zbadano nasze możliwości w doświadczaniu magicznego świata win.
Test sensoryczny ku zaskoczeniu nas samych przeszli wszyscy :) Dzięki temu łatwiej mogliśmy przetestować kilkanaście win w kolejnej odsłonie testingu.
Lunch który nastąpił po nim też zapamiętamy. Rzadko bowiem jadamy smażonego krokodyla z konfiturą pomidorową i krwistego kangura w jednej kompozycji.
Jak się okazuje, w Australii nie uchodzą one nawet za rarytasy, lecz bardzo popularne i wręcz pospolite jedzenie. Ale w wykonaniu szefowej kuchni
Jacob’s Creek Visitor Centre była to iście królewska strawa.
fot: Jacek Kowalski
Dla Beaty, laureatki naszego konkursu, ten dzień to jeszcze dodatkowe wrażenia. Szczególnie kulinarne...
Pierwszy raz miała okazję jeść ośmiornice, kangura i krokodyla. A do tego intensywny tasting win...
Szefowa kuchni Veronica Zahra zaprosiła nas do wspólnego przygotowania BBQ w iście australijskim stylu. Wyzwanie podjęliśmy ale...
Właśnie tym wydarzeniem chyba my sami bardziej zaskoczyliśmy naszych gospodarzy. Pojawiła się bowiem ekipa
telewizyjna, która miała nakręcić mały i krótki materiał z naszej podroży i z przygotowania wieczornego grillowania.
Postanowiliśmy jednak, że taką chwilę trzeba wykorzystać, więc Karol Okrasa w swoim stylu z Veronicą nakręcili regularny program kulinarny :)
Być może wkrótce zamieścimy go naszych stronach. Już teraz musimy przyznać, że kuchnia australijska jest świetna. 2 kg snapper
w liściach bananowca z trawą cytrynową i King George Whiting ze smażonym serem Halloumi podano na przystawkę.
A później zaczęliśmy się rozkręcać ;) Koźlina z rozmarynem, mleczna jagnięcina z tymiankiem i polędwica z krokodyla z... trawa żubrową !!!
Karol Okrasa postanowił dokonać przemytu i przywiózł z Polski dla Veronici klasyczną białowieską trawkę :)
To było coś co mam wrażenie będzie hitem kolejnych kolacji wydawanych w słynnym domu Jacob’s Creek.
Do tego bagatela sześć sałatek wśród których na uwagę zasługują... buraki czerwone, jak się okazuje bardzo popularne w Australii.
I nawet podczas długich wieczornych debat przy lampce doskonałego Shiraz nie byliśmy w stanie zweryfikować narodowego paszportu
tego przecież bardzo polskiego warzywa!!! :)
fot: Jacek Kowalski
Ekipa telewizyjna, nasi gospodarze i my sami skończylimy po kilku godzinach... kręcić program, bo po nim zaczęliśmy to wszystko konsumować
przez kolejne kilka godzin. BBQ po australijsku z polskimi wstawkami? Tego jeszcze nie było, ale na pewno już wszyscy będą o tym pamiętali.
Jutro jedziemy do Merlbourne, tylko po co??? Skoro Federer już odpadł.
Kolejny pełen wrażeń dzień w Australii, już nie tak słonecznej i upalnej jak w Adelajdzie. Rozpoczęliśmy od zwiedzania Melbourne – głównie od strony kulinarnej. Miasta które przywitało nas wietrzną pogodą i mocno zachmurzonym niebem. Jednak tylko przez chwilę jak się później okazało. Ale było ciepło do tego atmosfera podgrzewana przez wszystkich na ulicy mającym nadejść historycznym finałem Australian Open. Tuż po śniadaniu wraz z naszym przewodnikiem , zapalonym miłośnikiem kuchni Alanem, zanurzyliśmy się w świecie oryginalnych aromatycznych przypraw, poczuliśmy zapach świeżo mielonej kawy i niezwykłych wypieków.
Mieliśmy okazję spróbować wyjątkowych lokalnych wędlin i serów ze wszystkich stron świata w małych rodzinnych sklepikach z ponad
100 letnią tradycją. Po raz kolejny poczuliśmy prawdziwy smak Australii. Kuchni, która jest zlepkiem wszystkich narodowych kuchni
emigrantów osiedlających się tu przez lata. Dominuje kuchnia włoska i angielska, ale spotkacie sklepiki które oferują francuskie
specjały jak i te z orientalną żywnością. Nie zabraknie pizzy i pasztetów a także Vegemite czyli czegoś czego nie mogliśmy pominąć
ale do czego nie daliśmy rady się przekonać. Lokalni koneserzy potrafią ten wyciąg z fermentowanych drożdży namiętnie spożywać na
śniadanie. Australia to młody kraj, który ma również krótką historię kulinarną.
Czy wiecie że kawę z ekspresu zaczęto pić w Merlbourne dopiero w latach 50-tych? Wtedy właśnie jeden z restauratorów przywiózł maszynę do parzenia kawy. Wcześniej w całej Australii nie było tradycji picia mocnej kawy. Alan zapewniał nas, że to właśnie wpływ włoskich emigrantów. Sposób, w jaki tubylcy celebrują każdy dzień mogę opisać, iż jest to mikstura francuskich godzin spędzonych w brasserie z karaibskim wylegiwaniem się na słonecznej plaży. Dwa w jednym!!!
Rozleniwieni gorącym porankiem, wieczorem znaleźliśmy się w tętniącym życiem świecie tenisa. Taksówką wodną dotarliśmy pod słynne Rod Laver Arena, by wziąć udział w finale mężczyzn turnieju Australian Open. Djokovic – Nadal... Zajęliśmy miejsca w piątym rzędzie i przy lampce dobrze schłodzonego Jacob’s Creek Shiraz Rose (co w 35 stopniowym upale jest zbawienne) byliśmy, jak się później okazało, częścią najdłuższego i chyba najbardziej fascynującego finałowego meczu w historii światowego tenisa. Pełen emocji i licznych zwrotów akcji mecz trwał blisko 6 godzin. Choć każdy z nas miał swojego faworyta, pod koniec tej morderczej walki byliśmy pełni podziwu dla siły, wytrzymałości i woli zwycięstwa obu zawodników.
Wierzcie nam, byliśmy zmęczeni upałem i siedzeniem oglądając mecz a Ci dwaj śmiało musimy powiedzieć faceci z żelaza non stop biegali po korcie. Czegoś takiego nie da się zrozumieć oglądając mecz w TV. Każdy z nich nieraz dał dowód swojej finezji i boskiego naznaczenia ogromnym talentem. Nasze emocje ostudziły krople deszczu podczas powrotnej podróży taksówką wodną do hotelu. Jutro kolejna porcja kuchni i spotkanie z szefem kuchni - niejaki Simon Bryant na plaży przygotuje dla nas podobno swoje autorskie smaki pomieszane z aborygeńską finezją.
Mimo deszczu, który zaskoczył nas poprzedniej nocy czy też raczej dnia (mecz skończył się o 2 nad ranem czasu miejscowego) zaplanowane na dzisiejszy dzień BBQ na plaży odbyło się zgodnie z planem. Na plaży w Merlbourne powitał nas jeden ze słynnych australijskich szefów kuchni – Simon, gwiazda programów telewizyjnych. Specjalnie na spotkanie z nami przyleciał z Adelajdy. Była to kolejna odsłona kulinarnej Australii i łączenia australijskiej kuchni z winem Jacob’s Creek. Tym razem w wykonaniu łączonego duetu polsko–australijskiego czyli Karola i Simona.
Australijczycy są leniwi (jak sami o sobie mówią) i potwierdził to Simon. Skracają nie tylko słowa, które na pewnym etapie przestają być zrozumiałe dla przybyszów z innych krajów, ale również ułatwiają sobie kulinarne przygotowania. Przykładem mogą być krewetki które mieliśmy okazję spróbować... Nieobrane i co ważniejsze jedzone razem z pancerzem :) Wszystko przygotowane na grillu: wędzona baramundi z trawą cytrynową, homar z sosem bearnaise, małże z limonką i orzechami dopełniły naszej ekscytacji. A to wszystko z ziołami, które Simon zbiera sam a nauczyli go tego jego koledzy Aborygeni. Większość z tych ziół jest nie do kupienia i to chyba było najbardziej dla nas szokujące.
Niekończąca się podróż. Godziny w samolotach zacierają się z godzinami spędzonymi na lotniskach – w Warszawie i Frankfurcie jakże znajomy gwar i stres; w Singapurze czas jakby zwolnił. Czułam bijący od ludzi spokój. Ich leniwe ruchy idealnie komponowały się z soczystymi kolorami wszechobecnych, zalewających lotnisko orchidei, palm i difenbachii.
fot: Jacek Kowalski
Po dotarciu do Adelajdy przekonałam się, że luz, lenistwo i uśmiech na twarzy są nieodłączną częścią ludzi żyjących na tej stronie kuli ziemskiej.
Adelajda powitała nas ponad trzydziestostopniowym upałem. 26.stycznia jest świętem narodowym, więc życie całego miasta przeniosło się w okolice
pięknej, szerokiej, piaszczystej plaży - dokąd od razu, pomimo zmęczenia, ruszyliśmy uroczym miejskim tramwajem. Kąpiel w oceanie i lenistwo na
plaży same w sobie mogłyby stanowić cel naszej wyprawy, jednak to co zobaczyłam w Dolinie Barossy przerosło wszelkie moje oczekiwania.
Po godzinnej podróży samochodem otworzyły się przed nami drzwi do kolebki wina Jacob's Creek.
fot: Jacek Kowalski
Winnice zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Rozpostarte na ogromnych połaciach ziemi, oznaczone tabliczkami z nazwami szczepów, jakie z nich
powstają, prezentują się jak pejzaże z widokówek. Po wizycie w Steingarten (kamienny ogród) jestem przekonana, że te ziemie mogą rodzić tylko
winogrona :) Tasting wina, w którym wzięliśmy udział nie pozostawił mi złudzeń.. :) Uświadomił mi, że jestem dopiero na początku drogi do
poznania bogatego świata degustacji wina..
Rozleniwieni wolno płynącym czasem w Adelajdzie wylądowaliśmy w tętniącym życiem, gorącym Melbourne. Choć zwiedzaliśmy miasto,
kosztowaliśmy wspaniałych wyrobów w miejscowych sklepikach to drugi etap podróży przebiegał dla mnie pod tytułem finału mężczyzn
Australian Open. Bycie częścią tego wspaniałego meczu i niesamowitej atmosfery zrekompensowało nieobecność Rogera Federera w finale :)
fot: Jacek Kowalski
Ostatni dzień mojej przygody był jak wszystkie poprzednie...absolutnie nieprzewidywalny i wyjątkowy :) Nie co dzień przecież bywam na planie
programu kulinarnego Karola Okrasy, częścią owego do tej pory również nie byłam :)
Moje spotkanie z Australią i Jacob's Creek okazało się być piękniejsze niż mogłabym je sobie wymarzyć. O tym co zobaczyłam i czego
częścią się stałam nie piszą żadne przewodniki. Zostałam wystawiona na wielką próbę kulinarną :) - stałam się fanką krewetek, krokodyli,
kangurów, jagnięciny, ośmiorniczek oraz pysznych australijskich ryb...jedynie do Vegemite nie dałam się przekonać :)
Magię miejsc, które zwiedziłam stworzyły przede wszystkim osoby, które mi towarzyszyły jak również te, które poznałam w
Australii – Kasia, Karol, Jacek, Rob, Veronica, Tamara, Sasha, Simon, James, Anthony, Alan.... To były niezapomniane chwile
z winem Jacob's Creek... Dziękuję... :)
Beata Kaiser
